poniedziałek, 3 września 2012

Zaufanie poniekąd odzyskane


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

poniedziałek, 09 lipca 2012

Wizyta u SŁYNNEGO DOKTORA, z planowych 20 minut przeciąga się do godziny. Jest inaczej. Jest do pogadania, więc gadamy. Zapytana czy chcę kolejny transfer zdecydowanie mówię, że coś we mnie pękło. DOKTOR odsuwa się z krzesłem od biurka i przygląda mojemu trędowatemu czołu, przeszklonym oczom i wypranej z nadziei przygarbionej posturze. W końcu zdradza, że w moim przypadku przeprowadziliśmy badania, o których w standardowej procedurze nawet nie ma mowy. Jakby tłumacząc się uzasadnia, że transfer z nasieniem dawcy był punktem koniecznym w całym procesie, ale więcej nie ma co tego powtarzać. Przyczyna jest gdzie indziej. Tu się zgadzamy. Ja nazywam rzeczy po imieniu i otwarcie decyduję, że nie chcę marnować kolejnych jajeczek, dopóki nie dowiem się jaka tajemnicza siła tak bardzo mnie krzywdzi. Jasno komunikuję, że liczę na dalszą współpracę i kontynuację poszukiwania problemu. SŁYNNY nawet ma jakiś pomysł. Widać, że zastanawia się jak do tego podejść. Po chwili milczenia rzuca jakby sam do siebie: „to musi być coś w układzie immunologicznym”. Eeee? Że jak? Hmmm.. A może…
Dostaję karteczkę z listą badań i wydaje mi się, że nasze wzrokowe spotkanie oznacza koniec wizyty. Nie. Wchodzimy na temat moich odwiecznych przeczuć o własnym felerze. Opowiadam ze szczegółami o dręczącej myśli, że siedzi we mnie coś co mnie niszczy. Jestem w szoku, że pierwszy raz w życiu ktoś tego nie wyśmiewa. Więcej – nawet nie bagatelizuje. To jeszcze bardziej utwierdza nas w przekonaniu o słuszności teorii o szukaniu przyczyny immunologicznej. Dziwi mnie tylko jakiś taki smutek i brak entuzjazmu. Przecież wiemy co robić. Ejjj. SŁYNNY wzdycha i zaczyna tłumaczyć przyczynę swojego zmartwienia. Okazuje się, że jeśli tu dokopiemy się problemu to oznacza dla mnie 2 możliwe radykalne rozwiązania: a) rezygnacja z ciąży, b) 9 miesięcy mega-silnych sterydów usypiających mój cały układ immunologiczny. Chyba nie muszę tłumaczyć jakie to ryzyko. Jakiekolwiek przeziębienie będzie wstępem do zapalenie płuc, jakakolwiek rana będzie się goić tygodniami, a jakikolwiek zażyty lek będzie szkodliwy dla dziecka.
No niech zgadnę, którą z opcji wybierze NIEPŁODNA. Oczywiście, że b)! Mało tego -nie będzie mieć żadnych wątpliwości!  Jak walczymy, to walczymy do końca!
SŁYNNY już nawet nie chce dalej dyskutować. Ucina, że chce zobaczyć wyniki badań w kolejnym cyklu i znów nasze oczy się spotykają, co ja interpretuję jako koniec wizyty.
Znów się mylę. Na tapecie, zupełnie niespodziewanie pojawia się temat mojego trądziku. Wrrrrr jak ja nienawidzę tego słowa! Słynny upiera się przy teorii o przyczynach androgenicznych i mimo silnych protestów każe mi przez jeden miesiąc wziąć Dianę. Żadne argumenty nie przemawiają. W sumie on ma lepsze. Uświadamia mi, że ostatnio brałam to gówno 10 lat temu i wtedy miałam zupełnie inny profil hormonalny. Poza tym on chce się przekonać o swojej hipotezie i nie daje mi wyboru. Finalnie się zgadzam. Nie takie świństwa brałam podczas transferów. 21 dni Diany to przy tym jak sok z marchwi. Może sama też zauważę jakąś prawidłowość…

Teoria w praktyce

przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

niedziela, 08 lipca 2012

Na ostatnie spotkanie w Ośrodku Adopcyjnym lecimy jak na skrzydłach. Koniec 4-godzinnego wysłuchiwania BEZDZIETNEJ STAREJ PANNY i tego ciągłego spoglądania na zegarek. Hurra. Oboje cieszymy się, że dostaniemy świadectwo ukończenia kursu. I na tym fakcie NIEPŁODNY skupiony jest najbardziej. Ja nie mogę doczekać się widoku rodziny adopcyjnej. Cały czas nie wierzę, że przy tym całym bezwładzie organizacyjnym do tego w ogóle dojdzie. Dochodzi.

Na sali, przy stole, przy którym zwykle siedzą PANIE z OA zasiadają państwo Niepłodni. Zosia Niepłodna, na oko 34-36 lat, wydaje się być sympatyczną, najszczęśliwszą na świecie mamą. Rysio Niepłodny jest nieco starszy. Ma wydatny brzuszek i jasne garniturowe skarpetki do sportowych sandałów. Niepłodni są najzwyczajniejszym, przeciętnym małżeństwem. Nie wyróżniają się od przeciętnego współtowarzysza  podróży komunikacją miejską . To statystyczni Polacy ze statystycznymi fryzurami, ubraniami i psudo-katolicką biżuterią w stylu łańcuszki z ozdobnymi krzyżykami. Po tym jak siadają, na kolana pakują się im 5-letnia Weronika i 3-letni Dawid. Jak bym nie widziała po co tu przyszli, nigdy bym nie podejrzewała, że dzieci nie są ich naturalnym potomstwem. Maluchy są urocze. Szczególnie Dawid. Nie mogę uwierzyć w jego powyżej przeciętną inteligencję. Mały śpiewa, wymusza za to oklaski, samodzielnie pisze literki i ma świetny kontakt z resztą uczestników spotkania. Weronika jest bardziej wycofana. Wstydzi się występować przed publicznością i tylko ciastko przekonuje ją do wyszeptania fragmentu piosenki. Hmmm – swoje w życiu już przeżyła. Jest na tyle duża, że chyba rozumie, że stała się trochę małpą w cyrku. Nie przełamuje się.
Na początku wszyscy mamy uczucie, że Zosia, Rysio i ich zabawa w dom mają działać na nas na zasadzie kampanii marketingowej. Nie jest tak źle – w końcu BEZDZIETNA STARA PANNA zabiera maluchy do drugiego pokoju i możemy wyrzucić z siebie tony uzbieranych pytań. Zosia chętnie odpowiada. W łatwością obnaża patologię polskiego systemu „wychowania” sierot. Napisałam „wychowania”, bo to nie ma nic wspólnego nawet z ułamkiem normalności. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że dom dziecka nie jest wymarzonym miejscem dorastania, ale nikt z nas nie zdaje sobie sprawy, że maluchy tam muszą walczyć nawet o kromkę chleba. Przeciętna polska naturalna matka przynajmniej raz wrzuca do googla zapytanie o sposoby zachęcenia dziecka do jedzenia. Tu trzeba pilnować, żeby maluchy zbyt dużo nie zjadły, bo im pękną żołądki. Wychodzą też ewidentne dowody zaniedbań zdrowotnych, niekompetencji lekarskich i zatajania istotnych faktów przez władze domu dziecka. Zosia szczegółowo opowiada o roku wyjętym z życiorysu, w którym to razem z Rysiem prostują nawarstwiające się problemy. Dziś już wychodzą na prostą.  Czasem tylko jeszcze Weronika zapyta czy aby na pewno jej nie zostawią, ale to pikuś przy tym jak miesiącami drastycznie testowała ich miłość i cierpliwość.
Całe to spotkanie działa na mnie oczyszczająco.  Potwierdza się moje przypuszczenie, że mega-zaangażowanie, cierpliwość i potężna wola posiadania rodziny czynią z obcych ludzi… rodzinę. Jeszcze raz dowiaduję się, że SĄSIAD JEST TWOIM WROGIEM,  a w najlepszym przypadku IDIOTĄ (no bo jak inaczej nazwać półgłówka, który zaczepia twoją adoptowaną córkę z sąsiadującego balkonu i mówi: „A ta pani to twoja ciocia? Mama? Nieee to nie twoja mama. Ta pani nie ma swoich dzieci”). I najważniejsze: nasze kochane państwo w zamian za zrzucenie odpowiedzialności za małego obywatela daje w zamian WIELKĄ FIGĘ Z MAKIEM, żeby nie powiedzieć więcej: podrzuca kolejne kłody pod nogi. Przykład? Proszę bardzo. Zosia i Rysio dostają chłopca z zaniedbanymi niezstąpionymi jądrami. W początkowej fazie nie są jeszcze prawnymi opiekunami, więc nie mogą się umówić na operację w NFZetowym szpitalu. Z resztą prywatnie też nikt się tego nie chce podejmować. Czas nagli i z medycznego punku widzenia każdy dzień to ryzyko wystąpienia kolejnych powikłań. W końcu udaje się namówić jakiegoś lekarza na „nielegalny ”zabieg, którego ryzyko objawia się dodatkowo podwyższonym kosztem. Jasna cholera! Czy tylko ja widzę patologię tego systemu? Przecież tego rzeźnika, co wystawił Małemu w domu dziecka opinię: FIZYCZNIE ZDROWY, należy publiczne powiesić!
W końcu Niepłodni komunikują, że czas się kończy i muszą już iść. My zostajemy. Panie z OA wręczają nam dyplomy i przyłapujemy się tym, że kiedy wchodzi PANI DYREKTOR wszyscy wstajemy. Zabrakło tylko chóralnego DZIEEEŃ-DOOOO-BRYYYYY! Hahahaha. Teraz zauważam, że jest coś w tym, że NIEPŁODNY od samego początku mówi, że BEZDZIETNA STARA PANNA przypomina mu nudną nauczycielkę języka polskiego.
Przed samym wyjściem do domu organizujemy taką małą rundę podsumowującą. Każdy ma się wypowiedzieć. I tu odbywa się sam szczyt hipokryzji. Nagle okazuje się, że wszyscy będziemy tęsknić za STARĄ PANNĄ i super-ciekawymi 4-godzinnymi nasiadówami. Niektórzy wręcz obawiają się, że z przyzwyczajenia w kolejne czwartki przyjadą po pracy do Ośrodka. Jeszcze inni chwalą profesjonalizm prowadzących. Ludzie?! Czy wy już nie pamiętacie że puścili nam filmik o porodzie, po którym to laliście łzy?  Ja i NIEPŁODNY wykrztusiliśmy po szczerym stwierdzeniu, że dla nas cenne było spotkanie innych niepłodnych i złamanie tabu adopcji. FINITO.
Prawdę powiedziawszy nie specjalnie mam ochotę się wypowiadać publicznie z racji tego, że: po pierwsze mam na brodzie 2 wielkie syfy i wszyscy się na nie gapią, a po drugie, że… jedna z uczestniczek kursu jest w ciąży! Podejrzewam to już od kilku tygodni ale teraz jestem tego pewna. Ta myśl wywołuje u mnie chaos myślowy i totalną dekoncentracją.

Sinus wchodzi w fazę (okresowo) malejącą.


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

sobota, 30 czerwca 2012

Jak w tytule. Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono. Ja uparcie kilka wpisów temu dawałam do zrozumienia, że wychodzę na prostą. Wtedy naprawdę w to wierzyłam.
Od kilku dni trę tyłkiem o dno. W sumie nie wiem co było triggerem. Chyba coś zupełnie nieistotnego, skoro nawet nie pamiętam. A może zwyczajnie poczucie osamotnienia i izolacji osiągnęło punkt krytyczny. Ciągłe siedzenie w domu nie działa na mnie kojąco. Z kolei wyjście stąd mnie przeraża. Tylko tu się czuję bezpiecznie. Szkoda, że bezpieczeństwo nie równa się poczuciu radości życia.
Najdrobniejsza rzecz potrafi wywołać we mnie wybuch agresji. Jedzenie przed telewizorem czy uwaga „gdzie ty skręcasz?!” doprowadza do dzikiej awantury. Warto zaznaczyć, że sama robię rzeczy, które dla NIEPŁODNEGO są zakazane. Rozwalam wszystko, co tak ciężko buduję w okresach „stabilnych i wzrostowych”.
Gwoździem do trumny okazało się być jednak tygodniowe dziecko sąsiadów. Wracam sobie do domu ze 100-kilową torbą zakupów. Nawet mnie ta sytuacja śmieszy, bo muszę wyglądać jak koń pociągowy. W głowie gra mi przedłużenie piosenki usłyszanej w radiu w samochodzie. Nagle zwrot akcji. Przez otwarte okno balkonowe słyszę przeraźliwy płacz noworodka. Staram się nie słuchać. Wszystko na nic. Nie da się. Widzę, jak drży mi dłoń i nie mogę wcelować kluczem do zamka. Radio w głowie przestaje grać. Na klatce schodowej jest jeszcze gorzej. Napięcie narasta. Koło „płaczących” drzwi osiągam apogeum i wpadam w szał. Torba z zakupami spada mi z ramienia. Mam uczucie, że cała się rozpadam na malutkie kawałeczki. Zupełnie jak tafla hartowanego szkła. Siadam na brudnych schodach (mimo, że mam jasne spodnie – w innej sytuacji to niedopuszczalne). Wyję w głos. Z rzęs kapie tusz a ja przyglądam się rozsypanym zakupom.  Czuję taki żal i zazdrość, że nie potrafię się opanować.
W końcu brakuje mi tchu i taka rozmazana wdrapuję się na 3-cie piętro. Ucierpiało tylko 1 jajko. W miarę szybko doprowadzam się do ładu, ale nie potrafię osiągnąć pełnego spokoju. W kółko analizuję, co się właściwie stało. Wreszcie dociera do mnie wniosek. Chodzi o to, że pozazdrościłam im uczucia posiadania kawałka siebie. Zadaję sobie pytanie: „czy adoptowany noworodek zaspokoi moją potrzebę bycia mamą?”. Chyba nie. Ta potrzeba bycia mamą składa się z wielu innych potrzeb. Myślę, że 2 są najważniejsze: móc się opiekować kimś bezbronnym i pozostawić na świecie kawałek siebie. Spełnienie pierwszej z nich chyba nie jest do końca rozwiązaniem problemu. Chociaż… z dwojga złego lepiej pozostać z tylko jednym, a nie dwoma problemami… Nie wiem.  Nic już nie wiem.

Trądzik


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Jakoś nie poruszałam tego tematu wcześniej. Chyba bałam się, że ktoś mógłby oskarżyć mnie o niewystarczającą motywację i zbyt małe zdeterminowanie w walce o dziecko.
Problem dotyczy trądziku, pryszczy, wyprysków, zaskórników czy jak ktoś woli bardziej wprost SYFÓW. Przypadłość towarzyszy mi wiernie od 15 lat. Nie powiem – miewam kilkumiesięczne przerwy, ale sinusoidalny charakter tego zjawiska powoduje, że nawet podczas krótkich chwil „odpoczynku” drżę przed jego nawrotem. Myślę, że jak ktoś tego nie uświadczył na własnej skórze, nie może sobie nawet wyobrazić jak wygląda życie osoby dotkniętej taką niedoskonałością.
Wygląd biedronki przekłada się 1:1 na cały przebieg mojego życia. W okresach odpoczynku realizuję swoje plany i marzenia. W czasie „wysypu” – nie żyję. Serio. No bo jak inaczej określić funkcjonowanie na zasadzie: nigdzie nie wychodzę, nie odzywam się na służbowych spotkaniach, życie towarzyskie zostaje zawieszone do odwołania, nie jeżdżę na rowerze (bo słońce),  nie jem na mieście (nie wiadomo czy nic nie dosypali), chodzę w golfie w 30 stopniowym upale itd. itd.
Moja walka z tym problemem zaczęła się dawno temu i polegała na byciu piłeczką pingpongową pomiędzy tenisistami dwóch profesji: dermatologiem i endokrynologiem. Przypadek był o tyle beznadziejny, że jakiekolwiek standardowe metody i procedury postępowania do niego nie pasowały. A ponieważ jak nie wiadomo jak postąpić – postępuje się zgodnie z tymi standardowymi metodami i procedurami w nadziei, że przypadkowo zadziałają. Naiwność. Nawet jeśli następowała zmiana personalna któregoś z graczy – nie następowały żadne rewolucje. Nikt nie zadał sobie trudu bardziej dogłębnej analizy mojego case’u – bo po co. Lepiej szprycować kogoś DIANE-35, tetracyklinami  i przyglądać się jak blizn przybywa. 
Od kilku miesięcy cieszyłam się właśnie okresem odpoczynku od bolących natrętów na twarzy, plecach i ramionach. SŁYNNY DOKTOR szprycował mnie kilogramami hormonów, które utrzymywały mnie w genialnym stanie. Łudziłam się, że to może nie to i zostałam cudowanie uleczona, że już nie będzie nawrotu i że zacznę żyć jak człowiek. Wielokrotnie przeglądałam się w lusterku samochodowym i komentowałam przy NIEPŁODNYM: „Nawet nie wiesz jak ja doceniam, że mój problem się skończył”. Śmiał się ze mnie. Czasem nawet odpowiadał: „A jakie ty tam miałaś syfy? Czasem coś tam wyskoczyło. Jak każdemu”. Ta symulacja braku pamięci miała niby być pocieszeniem…
Przełom nastąpił po 3-cim transferze, kiedy to SŁYNNY DOKTOR zapodał mi podwójną dawkę luteiny (w stosunku do tego co zwykle przepisywał). Transfer się nie udał. Przestałam brać leki i mieszanina hormonów wybuchła pozostawiając na mojej buzi krajobraz jak po wybuchu bomby w Hiroszimie. Wyłam z powodu utraty zarodków. Wyłam z powodu wielkich bolących zaskórników na brodzie. Wyłam, bo miałam na nosie olbrzymiego czerwonego motyla. Wyłam, dlatego, że moje czoło pokrywała łączka ropnych biało zakończonych wyprysków. Życie nie miało sensu.
Mailowo zapytałam SŁYNNEGO o powód takiego stanu rzeczy. Bałam się, że odbierze to jako histerię przewrażliwionej na swoim punkcie migotki. Odpowiedź mnie zaskoczyła. Była dość naukowa, ale wyczuwałam wyraźną chęć pomocy.
Niestety SŁYNNY, podobnie jak wszyscy jego koledzy po fachu, zarzucił „standardową ścieżkę”. Winą obarczył niby wybujały testosteron i nakazał zrobić badania. Badania pokazały błąd tego toku rozumowania, ponieważ ów hormon ledwo się odbijał od dolnej granicy normy. Podczas wizyty wręcz z trumfem wyciągałam świstek z laboratorium. Triumf trwał zaledwie 5 sekund, ponieważ okazało się, że jestem niedouczona i nie zrobiłam „wolnej frakcji”, tylko wartość całkowitą. Nooo dobra. Niech mu będzie.
Syfy się już przyzwoicie goiły, a ja psychicznie stawałam na nogi. Musiałam. Kolejny transfer był tuż tuż. SŁYNNY nawet pamiętał o moim przewrażliwieniu na punkcie gładkiej cery i tym razem zdecydował mnie aż tak nie podkoksować.
Wszystko na nic. Transfer przepadł a ja znów musiałam odstawić leki. I co? I mięliśmy powtórkę z rozrywki. Tym razem nie odpuściłam tak łatwo. Haaa – nie będzie, że jestem niedouczona. Zakomunikowałam tylko SŁYNNEMU, że znów jestem biedronką i wybieram się do laboratorium celem wyjaśnienia sprawy. Poprosiłam o sugestie hormonów do zbadania. Długo nie musiałam czekać i zaraz z pomiędzy kolorowych exceli na firmowym komputerze wyłoniła się przeglądarka. O istnieniu niektórych z tych cudów nie miałam pojęcia.
O 15:01 wystrzeliłam od biurka jak koń wyścigowy, celem przepisania SŁYNNEJ listy na druczki prywatnej przychodni, w której moja korporacja łaskawie funduje mi ubezpieczanie. Odbiłam się od kilku gabinetów, żeby wreszcie trafić do takiego znachora, któremu w końcu wolno to zlecić. Oczywiście, po tym jak zobaczyłam, że gościowi o urodzie dezodorantu w kulce pobłyskuje łańcuszek z krzyżykiem z pomiędzy kołnierzyków, nie zdecydowałam się na powiedzenie prawdy i tylko prawdy. Zmyśliłam jakąś historykę o depresji z powodu trądziku. Typ wydawał się nawet uwierzyć, ale od niechcenia wymamrotał pytanie: „Lekarz prowadzący?”. „Eeeeee, eeee, eeee, ale ja nie chodzę u was do ginekologa”. „Lekarz prowadzący?” (i tu ton wykazywał już zniecierpliwienie). „Eeee, eeee, eee SŁYYYYNNY DOKTOR” (powiedziałam najciszej jak potrafiłam). Zero komentarza. Złapałam skierowanie w garść i sto razy podziękowałam. Już myślami byłam piętro niżej w laboratorium, kiedy DEZODORANT W KULCE powiedział: „Proszęęę bardzooo, i proszę pozdrowić SŁYNNEGO DOKTORA”. Wow. Ja tu plączę się w zeznaniach, a typ od razu się połapał o co chodzi. Hahaha.
W ciągu kolejnych kilku dni spływały wyniki badań. Już sama nie wiem co jest gorsze: upewnić się o chorobie (nawet najgorszej), czy przeżywać schizofrenię czując rozdźwięk pomiędzy tym jak się czuję, a tym co pokazują idealne cyferki.
W tym momencie cała krzyczałam. Co jest do cholery? Nie jestem w ciąży! Wyglądam jak 13-latka w apogeum okresu dojrzewania! Dlaczego te wyniki dowodzą mojego dobrego zdrowia!?
Oczywistym było, że trzeba szukać dalej. Niestety tylko dla mnie świat jest czarno-biały. SŁYNNY DOKTOR miał dość maili z rebusami z endokrynologicznych stężeń. Odpisał, że trądzik jest idiopatyczny i zaprasza do dermatologa. Popłakałam się z bezsilności. Chyba bym wolała szczerość w rodzaju: „…Droga Pani, czy życzy sobie Pani pięknego różowego dzidziusia, czy może wolałaby Pani karierę fotomodelki?...”.

Dla mnie to był koniec. I nie chodzi o to, że kolejny łapiduch nie ma na tyle kompetencji, żeby znaleźć źródło problemu –krost. To koniec, bo całkowicie straciłam zaufanie do SŁYNNEGO. Nie mam już w sobie nadziei i wiary w to, że to właśnie on znajdzie przyczynę mojej niepłodności. Tak jak mój trądzik przestał być dla niego interesującym case’m, tak moja niepłodność z pewnością tak samo go znudzi. Ciekawe co powie? Pewnie, że jest idiopatyczna. Ostatnio lubią używać tego słowa. Pytanie ile jeszcze wyciągnie z nas pieniędzy do czasu kiedy to usłyszę…

Oooj nie-kom-pe-ten-cja!


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Grzecznie jadę do laba z listą zadaną przez dr DODĘ. Wyniki pojawiają się po kilku godzinach. Nie wiem czy płakać czy się śmiać. Jak laboratorium może być tak niekompetentne?! Powtórzone wyniki rozszerzonych badań morfologicznych dowodzą mojego dobrego zdrowia. Jak to możliwe?! Jeszcze 8 dni wcześniej poziom żelaza wyraźnie wrzuca mnie do worka: Hemochromatoza. Teraz nawet nie mam anemii... Od razu pojawia mi się myśl: czy nigdy nie pomylili się w wynikach HCG? Czy czasem na podstawie zafałszowanie niskiej wartości nie odstawiałam leków, powodując poronienie?

I małe światełko w końcu tunelu zgasło


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

piątek, 15 czerwca 2012

I małe światełko  w końcu tunelu zgasło. W gruncie rzeczy dobra wiadomość przygasiła moją nadzieję. Przyczyna mojej niepłodności pozostaje dalej tajemnicą. Hemochromatoza okazała się być bzdurą. Parzyste linijki wyników badań krwi zaprzeczają nieparzystym. Wniosek nr 1: bajzel w laboratorium. Wniosek nr 2: wszystko do powtórki. Wniosek nr 3: mała anemia.
Szkoda. Pani hematolog o image’u DODY, okazała się być nieoczekiwanie kompetentna. Wysłuchała z zainteresowaniem smutnej story o nieudanych kriotransferach i zadeklarowała chęć pomocy. Problem w tym, że jasno zakomunikowała, że mała anemia z pewnością nie jest przyczyną naszej bezdzietności.
SŁYNNY DOKTOR też się w końcu odezwał. Nakazał poświęcić cykl na rozwikłanie sprawy bałaganu w morfologii. Gra na zwłokę.
Ja też jakoś tracę power. Kolejne transfery wydają się być tylko kosztowną formalnością skazaną na negatywne HCG. Jednocześnie coraz częściej przyłapuję się na wyobrażaniu sobie, że przyprowadzamy do domu małego chłopczyka, któremu trzeba milion razy tłumaczyć, że „kotka boli jak go ciągniesz za ogonek” :). Brrrr – czy dojrzewam do adopcji?

Dzień Testu Ostatecznego


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

wtorek, 12 czerwca 2012

Pierwszy raz nie płaczę. Pierwszy raz zmęczenie wzięło górę nad emocjami. Pierwszy raz byłam w 100% (a nie 99,9%) pewna.
Wersja robocza maila do SŁYNNEGO DOKTORA czekała już od rana na służbowym kompie. Co godzinę sprawdzałam wyniki on-line.  Parę minut po 12:00 mogłam już pod pretekstem poinformowania o niepowodzeniu w transferze zarzucić go nurtującymi mnie pytaniami z dziedziny Hemochromatozy.
Zawsze w ciągu godziny była odpowiedź. Chociażby smutna buźka. Tym razem NIC. Chcę wierzyć, że tyle zajmuje DOKTOROWI skonsultowanie mojego przypadku…

Jak uderzenie pioruna


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Kiedy tak wdrapywałam się na podium w mistrzostwach świata w użalaniu się nad naszą beznadziejną niepłodnością, do mojej szarej rzeczywistości zakradł się zupełnie nowy wątek. Oczywiście kompletnie niespodziewany. Spodziewany byłby nawet fakt, gdyby ktoś odkrył, że nie mam jajników, że nie mam macicy albo że w ogóle jestem facetem. Moja paranoja przekonywała mnie, że jestem gotowa na wszystko. Nie byłam.
Dwa miesiące temu przy okazji wyników badań hormonów, SŁYNNY DOKTOR, celem dopełnienia formalności, zlecił mi dodatkowo dość rozbudowaną morfologię. Owszem – w końcu wybrałam się do laboratorium, ale nie spodziewałam się niczego ekscytującego. Kilka dni później przeskanowałam wzrokiem wyniki i tak jak podejrzewałam, zobaczyłam tam minimalną anemię + kilka innych cudów pooznaczanych jako za wysokie/niskie. Eeeee tam. Przy okazji pokazałam to DOKTORORWI i usłyszałam: „Bardzo mi przykro jest Pani zdrowa”. Temat zamarł na tygodnie.
Czystym przypadkiem miałam te wyniki u internisty, który to (moim wtedy zdaniem) nadgorliwie doczepił się do tej nieszczęsnej hemoglobiny. Co za typ! Nie wie, że niektórzy już tak mają?! Taki urok. Zawsze miałam małą hemoglobinę. Jako dziecku dowalali mi żelazo i po 3 tygodniach było ok. Co? Mam iść na jeszcze jakieś dodatkowe badania? Eee tam. I tak nie pójdę. Powiem mu, że dobrze a i tak oleję. W dodatku na czczo? No jakby tego było mało to znów mam się tłumaczyć z późniejszego przyjścia do pracy. No dobra. Daj pan to skierowanie i lecę.
Pomimo całego ignoranctwa dla gorliwego internisty, po kilku dniach akurat miałam możliwość być na czczo w okolicach dużego laboratorium. W sumie nic mnie to nie kosztowało. Oddałam krew.
Popołudniu tego samego dnia już wiedziałam, że NIEPŁODNOŚĆ nie jest moim jedynym problemem. Wyniki jednoznacznie pokazywały nadmiar żelaza we krwi. Wikipedia brutalnie nazywała to coś Hemochromatozą. Jakieś statystyki dawały 5 lat życia od wykrycia. Mi się to chyba śni. Przecież ja mam inne zmartwienia! Jakie żelazo? Jakie 5 lat? Jaki przebieg bezobjawowy? Jaka zniszczona trzustka? Jaka marskość wątroby? Jakie upusty krwi i jakie biopsje? Czy ten świat zwariował?
Jutro wrócę z tym wynikiem do SŁYNNEGO DOKTORA. Niech zgadnę. Powie, że to nie ma nic wspólnego z odrzuconymi zarodkami…

Gotowa na zderzenie ze ścianą


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

sobota, 09 czerwca 2012

Przeczucia zaczynają się materializować. Nie pojawią się jakiekolwiek objawy wczesnej ciąży. Przestaję przestrzegać zaleceń SŁYNNEGO DOKTORA. Piję rano kawę. Podnoszę torbę z zakupami. Odkurzam całe mieszkanie. Nie umiem się już oszukiwać. Nie chcę podsycać sztucznych nadziei. Staram się wracać do brutalnej rzeczywistości. Oficjalny wynik jest kwestią zmiany organizacji dnia i zahaczenia o laboratorium w drodze do pracy. Nie wiem czy jestem przygotowana. Dziś wydaje mi się że tak. Wiem, że coś pęka. Całe to przekonanie o MOIM ZDROWIU, tak podsycane przez SŁYNNEGO DOKTORA, zaczyna się kruszyć. Znów czuję się w środku kolczasta i brudna. Znów je zabiłam. Miały 9 i 10 komórek. Było im dobrze dopóki nie spotkały się ze mną. Jednak moje przeczucie o tym, że to we mnie jest jakiś XFaktor staje się rzeczywistością. Czy ktokolwiek znajdzie to coś? Czy mam jeszcze szanse? Czuje się taka odpowiedzialna za ta porażkę… Czuję się odpowiedzialna za moją niepłodność.

Przeczucia


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

poniedziałek, 04 czerwca 2012

To idiotyczne. Zdeklarowana ateistka, rozsądna pragmatyczka, racjonalistka do bólu, a szargają mną… przeczucia. Kompletnie nie pojmuję mechanizmu ich działania. Gdyby jednak się nie sprawdzały uznałabym to za nieobcą mi paranoję. Większość się sprawdza. Najgorsze, że wszystkie negatywne. Co prawda mało kiedy przewiduję coś pozytywnego, ale to się dzieje gdzieś poza mną. Może nie poza mną, ale tak głęboko w środku, że nie umiem do tego zakątka dotrzeć.
Czuję, że moje 2 zarodki nie istnieją. Nie wiem co się z nimi stało. Nie czuję w sobie ani żywych ani  martwych stworzeń. Jakby się rozpłynęły gdzieś w środku. Po prostu zniknęły. Zastanawiam się jakie by były i jakby zmieniły nasze życie…
Najsmutniejsze jest to, że czuję się winna. Tym razem grzecznie odpoczywałam. Tylko, że może to potwierdzić tylko moja fizyczność. Moja głowa szalała. Nie umiałam się skupić na niczym przyjemnym. Potok myśli zmywał chwile odskoczni, które dla mnie wspólnie organizowaliśmy. NIEPŁODNY bardzo się starał. To na nic. On już nie potrafi do mnie dotrzeć. Moja paranoja zawładnęła czasem oczekiwania na wynik HCG. Hm…. Dlatego właśnie czuję się winna. Nie potrafię się opanować. Nie potrafię się skoncentrować. Nie potrafię normalnie żyć. To napięcie zabija moje zarodki. Ta myśl dodatkowo nakręca spiralę stresu w moim brzuchu. Tyle zarodków już zabiłam! Ile ich jeszcze zabiję?! Czy ten koszmar się skończy?! Czy w imię tak szczytnego celu, jak powicie dziecka, nie podołam takiemu zadaniu jak praca nad sobą?! Najgorsze, że kolejne próby niczego nie uczą. Jest tylko gorzej, bo RACJONALIZM, ATEIZM, PRAGMATYZM mówi, że nadziei jakby mniej…

Trójkąt


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

piątek, 01 czerwca 2012

Chyba do końca nie wierzę, że to się dzieje naprawdę… Uczucie, że ktoś potrafi tak zamanipulować moją (nie)płodnością jak SŁYNNY DOKTOR i jego team jest na miarę lotu StarTrekiem.
Od początku.
Na wizytę kontrolną poszłam sama. Powód był dość prozaiczny. Wyhaczyć sensowny termin w SŁYNNEJ KLINICE graniczy z cudem. „Bożenki” na rejestracji radośnie informują: „albo wtorek 11:00, albo czwartek za 3 lata”. Może i dobrze… Konsekwentnie realizuję plan chronienia NIEPŁODNEGO przed całym złem tego świata. Tylko, że tym razem nie chodziło o zwykłe trzymanie za rękę w ciemnej poczekalni. Trzeba było wybrać dawcę do zapłodnienia moich jajeczek.
SŁYNNY DOKTOR trochę nie dowierzał, że NIEPŁODNY się na to zgodził. Nie miał wyjścia. Przywlekł wielki segregator duńskich studentów -donorów. Tym razem strategia była inna. DOKTOR chyba jej nie pojął, ale się grzecznie zastosował. Teraz dawca nie miał przypominać NIEPŁODNEGO pod żadnym względem.  Grupę krwi i wszystkie znane cechy wyglądu miał moje. Tłumaczenie, że chodzi o to, żeby potem nikt nie wpadł na pomysł konfrontowania fenotypów ojca i dziecka było dla niego dość śmieszne… Tylko, że dla mnie szczere i zasdne.
Wybór padł na muzyka, opiekującego się ludźmi niepełnosprawnymi, kolorystycznie przypominającego członków mojej rodziny. Tak naprawdę było mi wszystko jedno kto to będzie. Nie chciałam tylko wpaść w wir myśli – jak to będzie patrzeć na dziecko empatycznego duńskiego muzyka rasy kaukaskiej i mieć z tego powodu jakiś dyskomfort. Nawet się udało. Czułam przyjemny dreszczyk emocji, związany z perspektywą pewnego niestandardowego rozwiązania.
W dzień matki (o zgrozo!) byliśmy ponownie w SŁYNNEJ KLINICE, żeby potwierdzić, że jednak mam jakąś macicę i że dalej chcemy być rodzicami, i że muzyk nam ciągle pasuje. Zdecydowaliśmy, że rozmrażamy 4 jajeczka i że 31 maja zgłaszam się po 2 pierwszych zawodników.  W KLINICE panowało zamieszkanie związane z dniami otwartymi (czyli łapaniem narybku). DOKTOR był zalatany i zmęczony. Nie mogę zarzucić mu jakieś niekompetencji, ale wyczuwało się jego nieobecność. Nooo ale co mi tam. Dostałam swój „rozkład jazdy” na firmowej karteczce i do domu.
30 maja, kiedy to siedziałam u szefa w gabinecie na komórce pojawił się elektryzujący napis: SŁYNNY DOKTOR. Milion myśli przeleciało mi między uszami. Byłam pewna, że chce mi powiedzieć, że zarodki umarły, że jajeczka się nie odmroziły, że jajeczek nie ma, że… już sama nie wiem. W końcu odebrałam i dowiedziałam się, że powinnam była się dziś stawić na transfer. Cooooo? Gdzieeeee? Dziiiiiś? Jak tooo? Wróciłam do biurka i sto razy sprawdziłam datę w kalendarzu. NIE – NIE DZIŚ – JUTRO. SŁYNNY DOKTOR był bardzo spokojny i na wieść, że kazał mi przyjść jutro grzecznie się pożegnał i pozdrowił. EEEEEj! Co jest? Nie tak szybko! A co z zarodkami? Wszystko OK? Aha. Są dwa? Mmmh, dzielą się? Do jutra przeżyją? Acha – powinny przeżyć, bo w I klasie. Stresik trwał jeszcze chwilę. Potem już przeszłam w tryb: co ma być to będzie!
31 maja stawiam się w klinice co do minuty. Sprawa się wyjaśnia. Rzeczywiście DOKTOR pokręcił daty i zarodki mają już trzy dobry *przy poprzednich transferach miały 2). Cała sytuacja ma jednak niespodziewanie dobry finał, bo ta 3-cia doba dała nam pewność, że ładnie się podzieliły i mają już 9,10 komórek.  Pozostałe 2 zarodki są w nieco gorszym stanie. Jeden zdegenerował od razu po zapłodnieniu a drugi dzieli się duuuużo wolniej. Nie ma co sobie zaprzątać nimi głowy. Dwa pierwsze dobrze rokują! Dawać mi je tutaj!
Całkowicie pozbyłam się myśli o duńskim muzyku. NIEPŁODNY pewnie się gryzie. Boję się, że w głębi duszy czuje coś w stylu: „skuś baba na dziada”. Nie przyznaje się do tego. Mówi, że chce, żeby ta szarpanina się wreszcie skończyła i że za wszelką cenę marzy, żeby zacząć normalnie żyć. Nie wierzę mu. Dziwnie się zachowuje. Jestem pewna, że zgodził się na to science fiction tylko pod moim naciskiem. Może przeczuwa, że taki trójkąt nas zniszczy. Może układ NIEPŁODNY – NIEPŁODNA – DUŃSKI MUZYK to dla niego zbyt niestandardowe rozwiązanie. Może boi się, że ktoś się okaże „lepszy” niż on.  To nie możliwe! Nigdy na to nie pozwolę!
Tak bym chciała, żeby ta historia się już tu zakończyła… Jestem pewna, że to niestandardowe rozwiązanie byłoby dla nas wybawieniem. Wiem, że byśmy wspólnie sobie z nim poradzili.

Wątek społeczno towarzyski


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

środa, 23 maja 2012

Kilka lat temu, mięliśmy znajomych. Nie stu. Nie pięćdziesięciu. Kilkunastu. W większości pary. Kilku meta-singli. Nie jesteśmy typami imprezowiczów, ale regularnie spotykaliśmy się na tzw. wódkę. Świetnie wspominam te wieczory. Brzuch bolał mnie ze śmiechu. Nikt nie miał dzieci. Ba! Nikt o tym nawet nie rozmawiał. Czasem wyobrażałam sobie, że będzie tak już zawsze. Kiedyś zamierzałam  mieć dzieci, ale bardzo doceniałam daną nam wolność. Cieszyłam się nią.
Nawet jak zaczęliśmy naszą walkę, czułam że jestem o moje ulubione „pół kroku” do przodu. Nadal nikt nie wspominał o powiększaniu rodziny. Myślałam, że będziemy pierwsi…
Czasami dostawałam szału jak padały kolejne bzdurne diagnozy. Jednak myśl o zapasie czasu potrafiła mnie uspokoić. W chwilach zwątpienia siłę czerpałam z porównywania się do masy bezdzietnych otaczających nas ludzi. Wciąż było ich sporo… Żyli normalnie.
Pewnego pięknego dnia zaczęło się. Jak na klaśnięcie. Chwile ciszy przerywały dźwięki telefonów, smsów i powiadomień o nowej poczcie i nowych zdjęciach na portalach społecznościowych. Wszystko dookoła dzieliło się DOBRĄ NOWINĄ. W popłochu ruszałam głową i skupiałam wzrok na tych, którzy jeszcze pozostali. Kolejne pary znikały z horyzontu. Nie chodzi nawet o to, że stawały się niedostępne. Nieee. Wręcz przeciwnie. Ich dostępność była nie do zniesienia. To ja nas odcinałam. NIEPŁODNY też nie palił się do wizyt z wymuszonymi różowo-błękitnymi prezentami. Nudziło go to. Zazdrościłam mu niedojrzałości. We mnie wszystko wyło. Marzyłam o normalności. Chciałam odnaleźć się w strukturach społecznych. Niewinne: „Teraz życie jest zupełnie inne” interpretowałam jako: „Twoje życie nic nie znaczy”. Bolało jak cholera.
Miewałam czasami napady dobroci i udawałam ekspertkę od porodów i niemowląt. Mądrzyłam się na temat sypiania z dziećmi w jednym łóżku, włączania telewizora i diety karmiących. Potem czułam się jeszcze gorzej. Udawałam, że to kwestia mojej decyzji kiedy dołączymy do grona szacownych rodziców. W sumie do dziś to robię.
Ten proces trwa do teraz. Nie potrafię się do tego przyzwyczaić. Jak ktoś zaprasza nas na niewinną kawę kombinuję jak się z tego wykręcić. Wiem, że celem jest podzielenie się dobrymi wieściami. W większości przypadków moje przeczucie się sprawdza. Nie chcę o tym słuchać. Ci, którzy mają już jedno dziecko bezczelnie informują o drugim w drodze! Podejrzliwie przyglądam się koleżankom w pracy. Jak wydaje mi się, że mają większe piersi – zaczynam ich nienawidzić. Podsłuchuję przyciszone rozmowy. Wiem o czym szepczą.  
Kłamstwo stało się sposobem na życie. Kłamię na każdym kroku. Jestem ekspertem w wymyślaniu powodów do wyjścia do SŁYNNEGO DOKTORA w czasie pracy. Miałam już wszystkie awarie w mieszkaniu, jakie tylko można sobie wyobrazić. Stłuczki i fiskus to moja zmora. Chyba jestem wiarygodna, bo ludzie nawet dopytują o szczegóły. Ciągłe kontuzje i choroby układu trawienia nie pozwalają mi tańczyć na weselach, grać w lotkę, jeździć na rowerze, pić kawy i wina. Niektórzy nawet zaczynają mi współczuć. Wszystko tylko po to, by odwrócić uwagę „przeciwnika”. Żeby nikt nie połapał się, że jesteśmy NIEPŁODNI. Żeby nie mówiło się o nas na tzw. dzieciowych imprezach, które organizuje się w tajemnicy przez nami. Żeby uniknąć litości.
Staliśmy się kompletnie towarzysko nieatrakcyjni. Wymuszone pytania o rozwój naszych pasji doprowadzają mnie do szału. Po co pytają, skoro tak naprawdę nikogo to nie obchodzi. Mało tego. Potrafią być tak bezczelni, że udają, że chcą wiedzieć, czy planujemy kupno drugiego kota. Idiotyzm. Potem pewnie się za naszymi plecami śmieją.
Cała ta masakra wydawała się nie mieć końca. Kiedy tak ostanie pary znikały z naszego pola widzenia, pojawiły się ONE: COACH i WSPÓŁTOWARZYSZKA NIEDOLI. Przeżyłam szok. COACH przechodziła to co my i jej historia kończy się Marysią. Rozumie doskonale co to znaczy depresja. Wie czym jest setne negatywne HCG Beta. Potwierdza regułę, o której zapominamy: BEZPOŁODNOŚĆ TO META-STAN, że któregoś dnia się kończy i że zapominamy o gehennie. Już samo patrzenie na nią powoduje, że się rozluźniam.
WSPÓŁTOWARZYSKA NIEDOLI jest natomiast kimś w rodzaju siostry bliźniaczki. Nasze historie są inne. To nie ważne, bo my same jesteśmy do siebie bardzo podobne. Różni nas zaledwie 8 dni w datach urodzenia. Mamy podobne odchyłki tych samych hormonów, łojotok, trądzik i identyczną wrażliwość. Nawet budowę ciała i kolorystykę mamy taką samą. Fenomen. Rozumiemy się bez słów. Pewnie jakbym dała jej to do przeczytania, powiedziałaby, że to jej historia. Dopiero jak ją poznałam, zrozumiałam, że nie jestem sama. Wiem, że to brzmi okrutnie. Czyjeś nieszczęście działa jak pocieszenie. Nie do końca o to chodzi. Ja jej bardzo dopinguję, daję znacznie wyższe szanse na powodzenie i myślę o niej. Sama świadomość, że jej się uda będzie dla mnie wystarczającym argumentem do nie poddawania się.
Nasz COACH zadaje nam różne zadania domowe. Podchodzę do tego entuzjastycznie. Wszystko odrabiam na 5-tki i 6-tki. Cała ja. Gdzieś muszę być doceniona. Jestem wzorową NIEPŁODNĄ.  Ta wzorowość jest idiotyczna, ale stała się początkiem pierwszego małego przełomu. Sama nie wiem jak, ale cos pęka. Rozluźniam się i zaczynam inaczej patrzeć na ciężarne. Wcale nie lecę z gratulacjami. Nieee – do tego nigdy nie dojdzie. Chodzi o to, że spokojnie przyglądam się czyjemuś szczęściu i nie mam potrzeby przekładania tego na moje życie. Wcale nie zamierzam teraz wpraszać się do starych znajomych z różowo-niebieskimi śpioszkami  jako bilet wstępu i być super-ciocią. Dalej będę ich unikać, bo nasze drogi zwyczajnie rozeszły się. Nie czuję żadnego żalu. Uczę się samotności i jednocześnie staję się otwarta na nowych ludzi.
Wczoraj na poczekalni u SŁYNNEGO DOKTORA spotkałam dziewczynę. Uśmiechnęłam się do
niej ale ona nie zauważyła bo rozglądała się po zawieszonych na ścianach zdjęciach niemowlaków. Zupełnie niespodziewanie odezwała się do mnie: "aaa tak patrzę wiesz... czy powiesili też mojego synka". Miałam oczy jak 5 złotych. Zapytałam: "udało ci się?". I potem usłyszałam bardzo smutną historię pary, która latami ukrywała (nawet przez rodzicami) swoją bezpłodność. Historia kończy się bardzo szczęśliwie. Mają synka i teraz... przyszli po drugie :). Mówią, że WARTO BYŁO i gdyby trzeba było walczyli by o to jeszcze raz i wydaliby dużo więcej pieniędzy.
Jakiś czas temu wypytałabym ją o wszystkie szczegóły techniczne. Wczoraj - wystarczyło mi patrzeć jaka jest szczęśliwa. Mam nadzieję, że za jakiś czas to ja będę komuś na poczekalni opowiadać taką story. Byłoby cudownie. Ale jak nie będę miała nic takiego do opowiedzenia... cóż -nie zabiję się. Nie tak szybko.
Sama wizyta u DOKTORA była chyba najdłuższa jak do tej pory. Decyzję o transferze zarodków stworzonych z obcego nasienia poprzedziła moja długa lista pytań. Jak zwykle jego pewność siebie obaliła wszystkie moje wątpliwości. Tym razem nie padły cyfry. Wcześniej słyszałam o wysokich procentach szans, teraz już tylko – „no! zobaczymy”. Wczoraj też SŁYNNY DOKTOR powiedział mi, że jak In-vitro z obcym nasieniem się nie uda to muszę odpuścić. Metody które być może byłby dla mnie ratunkiem są niedostępne w Polsce. Nie uroniłam łzy. Zaczynam rozumieć, że to napięcie mi nie pomaga… jestem wyjątkowo spokojna. Przyzwyczaiłam się do „porażek” i może tym razem ewentualne niepowodzenie będę umiała potraktować inaczej.

Nie ma jak WYCZUCIE!


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

niedziela, 13 maja 2012

Wracam do żywych. Prawie ujemny wynik HCG wydaje się już nie robić na mnie większego wrażenia. Chyba przywykłam. Godzę się powoli z tym, że czas ucieka a u nas –NIEPŁODNYCH -stan stał się permanentny. Chociaż przysłowie mówi, że „nic nie trwa wiecznie”, to… chyba jednak trwa.
Do rzeczy: Jak w każdy czwartek musimy grzecznie odsiedzieć 4h na szkoleniu w Ośrodku Adopcyjnym. To najdłuższe 4h banałów, jakie tylko można sobie wyobrazić. Z takim też nastawianiem wchodzimy do sali pełnej NIEPŁODNYCH. PANI BEZDZIETNA STARA PANNA radośnie komunikuje, że dziś obejrzymy film. Super! Przynajmniej nie trzeba będzie udawać zainteresowania. Temat odcinka: „Rozwój dziecka w wieku 0-1”. Oooo – wreszcie coś czego nie wiem! I tu następuje coś zupełnie nieoczekiwanego. Przez 20 pierwszych minut Krystyna Czubówna opowiada o różnych sposobach porodu. Z detalami porównywane są pozycje w których maluchy przychodzą na świat. Siedząca obok mnie dziewczyna przez cały czas na zmianę szepcze coś do ucha swojego męża i wyciera łzę. Inne pary też poruszają się niespokojnie na swoich krzesełkach. Po minach staje się jasne, że nie obejdzie się to bez konsekwencji.  Dalsza część filmu jest świetna i jak najbardziej na temat. Rzeczywiście kompleksowo opowiada o rozwoju niemowlaków.
Po wszystkim PANI BEZDZIETNA STARA PANNA dla formalności rzuca w powietrze: „I jak się podobał film?”. W tym momencie mąż PŁACZĄCEJ ryczy wrogo: „Nie podobał się”. Zaraz potem argumentuje: „To jak instruktarz jazdy na nartach pokazany osobie sparaliżowanej!”. Wybucha burza. Wszyscy zgadzają się z PŁACZĄCĄ i jej mężem, ale jednocześnie boją, że to celowa prowokacja. Z drugiej strony część z nas na pewno przeszła przez poronienia… Nie wyobrażam sobie z takimi doświadczeniami spokojnie słuchać porad pani Czubówny o wyższości pozycji kucznej nad leżącą.  Nie mylimy się. To jest prowokacja. PANI BEZDZIETNA STARA PANNA celem ucięcia dyskusji kwituje krótko: „Taka reakcja jest charakterystyczna dla osób niepogodzonych ze swoją sytuacją”. Żenada.
Dzień wcześniej upewniłam się, że moje 3 zarodki nie żyją -a tu taka „niespodzianka”. To jest nie fair! Tylko, że my – NIEPŁODNI aktywnie walczący o naturalne dziecko, oszukujący Ośrodek - też jesteśmy trochę nie fair...

Do trzech razy sztuka :(


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

środa, 09 maja 2012

Nadszedł dzień testu ostatecznego. Przecież wiedziałam. Znałam ten wynik. Chyba przysłowiowa nadzieja rzeczywiście umiera ostatnia. A najgorsze że tak podsycana przez całe otoczenie. Mam drgawki jak ktoś próbuje być bardziej odpowiedzialny niż ja sama i w kółko przypomina ”Ejjj nie znasz jeszcze wyniku i wsiadasz na rower?” Pełna aktywacja agresora gwarantowana!  Przecież nic nie czuję! Nie położę się plackiem w oczekiwaniu na dziecko skoro ono (one, bo było ich trójka) nie chciało z nami zostać.
Wynik wskazywał na smutną prawdę – nasze zarodki nie próbowały nawet się „zaczepić”. Ile ja bym oddała żeby poznać prawdę. Mój analityczny umysł czuje „przepływ” tylko w momencie pełni zrozumienia zjawiska. Inaczej jest tylko niepokój i staję się strasznie podejrzliwa.
Zaraz po tym jak zobaczyłam smutną prawdę napisałam maila do SŁYNNEGO DOKTORA. Odpisał po kilku minutach, że… mu przykro. Może potrzebowałam czegoś więcej bo po tym byłam jeszcze bardziej rozdrażniona.
NIEPŁODNY udaje, że jest zajęty. Nie chce rozmawiać a moje cokilkuminutowe napady histerii kwituje nieszczerymi banałami, że „trzeba żyć”. Co to do jasnej cholery znaczy żyć?! Czy ja jeszcze potrafię „żyć”? Czy żyć znaczy próbować wszystkiego dookoła, nawet jeśli kompletnie cię to nie interesuje?!
Nie ma się co oszukiwać: zamknęliśmy pewien rozdział bezpowrotnie. Zużyliśmy wszystkie zarodki. Nawet jeśli będzie jakieś „nasze” dziecko -ono nie będzie „jego” dzieckiem. Chyba czuję że zawiodłam. To idiotyczne, ale tkwi we mnie przekonanie, że moją rolą jest przedłużenie jego gatunku… Nie udało się?! NIE! Wniosek: nie spełniłam się w swojej roli. Chyba sama nie wierzę w to co pomyślałam… Chyba jednak…
Cała w środku krzyczę!

Adopcja


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

poniedziałek, 07 maja 2012

Dam sobie rękę uciąć, że każda para starająca się o dziecko też to przerabiała. Nie mówię o wdrażaniu się w zawiłe procedury adopcyjne, nie nie. Chodzi o samo wyobrażenie sobie siebie w roli rodziców adopcyjnych. Najpierw ta myśl kiełkuje w głowie statystycznej NIEPŁODNEJ. Potem zdoktrynizowany jest NIEPŁODNY. Na początku z reguły nie chce o tym słyszeć, później ulega. A ulega tylko dlatego, że jest to etap, kiedy sprawa naturalnego dziecka jest jeszcze otwarta i NIEPŁODNY traktuje to w kategoriach abstrakcji. Także NIE ULEGA w sposób uczciwy. Udaje, że ulega. Dla świętego spokoju.
Nasza przygoda z Ośrodkiem Adopcyjnym zaczęła się jeszcze przed pierwszą inseminacją. Poszliśmy niby na zwiady. Zapisali nas. Byli mili. Opowiedzieli o realiach. Cóż to szkodziło. Znów mięliśmy „wyprzedzenie”, które tak uwielbiam. Przecież nie chcemy być rodzicami w wieku 40 lat tylko teraz. Czas leci i jeśli rzeczywiście się na to zdecydujemy dostaniemy dzidziusia na tacy.
Nie muszę chyba opowiadać czyj to był pomysł :). Wiadomo. Zawsze jak tworzę te swoje „plany działania” czuję się taka dojrzała i zapobiegawcza :D.
Po pierwszym nieudanym transferze zarodków zadzwonił telefon a w nim niemiła PANI BEZDZIETNA STARA PANNA informowała, że zaprasza na spotkanie w Ośrodku i że weszła jakaś ustawa. Bełkot. Nie zapamiętałam nic oprócz daty i godziny tego mitingu.
Poszliśmy. Zobaczyliśmy ludzi jak my. Chciało mi się płakać. Oni byli normalni! NOR-MAL-NI! Może my też nie jesteśmy taką patologią jak mi się do tej pory wydawało. Część z nich przeszła taką samą drogę jak my. Nie ja jedna nie mam dziecka! Wow – za to odkrycie oczekiwałam NOBLA. NIEPŁODNY kompletnie nie rozumiał mojej konsternacji. Twierdził, że dokładnie tak sobie to wyobrażał. Jasne :/.
Dostaliśmy listę dokumentów do zdobycia. Z części nowo-ustalonych opłat byliśmy zwolnieni, bo nowa ustawa nie działała wstecz. Super! No jeszcze za to płacić?! Przegięcie. Nie dość, że zwalniamy Państwo z obowiązku utrzymywania dziecka to jeszcze mamy je za to obdarowywać. Państwo oczywiście – nie dziecko :).
Znów "pół kroku do przodu" zaczęłam biegać od instytucji do instytucji celem uzbierania grubej teki papierków.  Akurat co do jednego z dokumentów miałam wątpliwości i postanowiłam poradzić się PANI STAREJ PANNY telefonicznie. Los chciał, że akurat zbiegło się to z faktem kompletowania grupy na KURS KANDYDATÓW NA RODZICÓW ADOPCYJNYCH. Jeszcze sobie nie zdawałąm z tego sprawy i po zdobyciu potrzebnej informacji ozięble się z panią pożegnałam. Za 2h odebrałam telefon w którym PANI STARA PANNA z wielką łaską zakwalifikowała nas na ten kurs, podkreślając przy tym jak bardzo się on nam jeszcze nie należy. Oczywiście, że nie należał – nie czekaliśmy 15 lat i nie zapłaciliśmy jej extra za miejscówki.
I tak zaczęła się nasza przygoda z OŚRODKIEM. Najpierw napisaliśmy banalne testy psychologiczne, w których udowadnialiśmy, że nie jesteśmy psychopatami i pedofilami. Potem gościliśmy w domu dwie panie, które próbowały nam wmówić, jak nietrwałe jest nasze małżeństwo i jak „nierodzinne” jest nasze mieszkanie. Jasna cholera! Cała Polska Ludowa wychowywała się w M2 i M3 a teraz udajemy, że wszyscy jesteśmy z BeverlyHills90210 i każdy z nas miał pokój z łazienką. Nie daliśmy się sprowokować. Udało się :).
Przetrwaliśmy już trzy pierwsze szkolenia KURSU. Jeszcze siedem czy osiem. Nuuuda! Nie dowiaduję się tam niczego o czym przeciętny Polak by nie wiedział. Ludzie są fajni, ale czuję że nie chcę się z nimi identyfikować. Ukrywamy fakt, że dalej walczymy o naturalne dziecko i że tu jesteśmy to tylko przygotowywanie do wyjścia awaryjnego, na które dziś absolutnie nie jesteśmy gotowi. Może to hipokryzja, ale czuję, że tak trzeba…

A teraz od początku...

przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

niedziela, 06 maja 2012

A teraz od początku. Jak to zwykle bywa o dziecku pierwsza pomyślałam JA - NIEPŁODNA. NIEPŁODNY nie chciał o tym słyszeć. Miał czas. Im się zawsze wydaje, że czasu jest full. Hm... w sumie z ich perspektywy to może i full.
To było około 3 lata temu. Miałam gdzieś, że NIEPŁODNY jeszcze nie dojrzał. Coś w środku mi podszeptywało, że to nie będzie łatwe. Niby normalnie żyłam, ale do okazu zdrowia trochę mi brakowało. Miałam sporą niedowagę i już wtedy trochę rozszalałe hormony. Doszłam do wniosku, że wyprzedzę czas i przebadam się. Z resztą zawsze taka byłam – w każdej dziedzinie pół kroku przed innymi. To takie głupie, ale daje poczucie bezpieczeństwa. Miałam to szczęście, że jestem trybikiem korporacyjnym, którym przysługiwała prywatna opieka medyczna. Uniknęłam kilometrowych kolejek i godzin „dla bezrobotnych”. Nie uniknęłam błędnych diagnoz. Nasłuchałam się o policystycznych jajnikach, bezowulacyjnych cyklach i połowie innych patologii z encyklopedii zdrowia. To było jak lawina. Z jednego schorzenia miało wynikać inne i tak nadawałam się już tylko do kostnicy. Już wtedy poczułam spadek życiowej energii. Łapałam jakąś depresję. A do tego NIEPŁODNY wydawał się być tym wszystkim kompletnie niezainteresowany. W kółko wyłam i brałam co rusz to inne leki. Cały czas jeszcze nie staraliśmy się o dziecko a ja już wsłuchiwałam się w swoje ciało i czułam dyskomfort w towarzystwie ciężarnych kobiet. Sama łapałam się na tym, że za dużo tym myślę. Nie umiałam nad tym zapanować.
Jednak jak to w życiu, na kształt sinusa, nastąpił trend wzrostowy – przez przypadek trafiłam do lekarki, z którą złapałam świetny kontakt. Pani B. ze spokojem obalała większość wyssanych z palca diagnoz. Uświadomiła, że cześć mądrze nazywanych chorób to zwykła kobieca fizjologia. To też zbiegło się w czasie z chwilą w której NIEPŁODNY zaczął dojrzewać do rozmnażania. Myślałam wtedy, że od teraz już wszystkie nasze problemy się rozwiązały. Że działamy, że jak zwykle narobiłam paniki i że z górki... Taaaa, z górki... No w sumie z górki – na sam dół. Badanie USG: jest pęcherzyk – „romantyczny” seks – badanie USG: jest ciałko żółte. Hurra – czekamy na wynik. Test – NIE MA CIĄŻY. I tak cykl z a cyklem. W końcu nawet Pani B. spasowała. Poleciała SŁYNNĄ KLINIKĘ i SŁYNNEGO DOKTORA. Doradziła, żeby zrobić NIEPŁODNEMU wszystkie badania przed pierwszą wizytą. To miało zaoszczędzić trochę gotówki. Już w tym czasie sytuacja wyrobiła we mnie posłuszeństwo i pokorę, więc zgodnie z zaleceniami wysłałam ukochanego pod wskazany adres. Uważaliśmy oboje, że to formalność, ale bez tych kilku papierków na których miały być wzorowe wartości nasienia nikt się mi - NIEPŁODNEJ nie będzie chciał dokładnej przyjrzeć. NIEPŁODNY nie miał żadnych oporów. Krępujące sytuacje związane z badaniami potrafiliśmy obracać w żart.
I tu nastąpił przełom – NIEPŁODNY jest praktycznie niepłodny. Badania wykazywały TERATOZOOSPERMIĘ. Już na tym etapie z łatwością poruszałam się po angielskojęzycznych portalach związanych z niepłodnością. Zdawałam sobie sprawę że sytuacja jest bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Z jednej strony poczułam coś w rodzaju: „o cholera to wcale nie muszę być ja”, a z drugiej: „nieee no jeszcze to!”
Pierwsza wizyta. Nie udało się nam umówić do SŁYNNEGO DOKTORA. Przyjęła nas totalnie niekompetentna Pani Doktor W., która zbagatelizowała TERATOZOOSPERMIĘ i naszprycowała mnie lekami na mega-owulację (którą notabene miałam naturalną). Byłam wtedy na tyle głupia, że poddałam się temu absurdalnemu pomysłowi i straciłam cykl na usuwanie skutków ubocznych terapii – torbieli na jajniku.
Od teraz tylko SŁYNNY DOKTOR. Sinus wszedł w trend wzrostowy. Na pierwszej wizycie przyznał mi rację w ocenie idei Pani Dr W. No! Już miało być tylko dobrze. SŁYNNY DOKTOR poprosił o kolejne badania. Miałam uczucie, że na prawdę wie co robi. Jestem umysłem analitycznym i to co mówił bardzo do mnie trafiało. Każde badania miało sensowne uzasadnienie. Super. Pierwszy raz w życiu nie ma tego stresującego chaosu. Z dodatkowych badań wyszło jasno, że na naturalne potomstwo nie mamy na co liczyć. Test PCT jasno wykazał wrogi śluz szyjkowy. SŁYNNY DOKTOR bez emocji podkreślał, że to najmniejszy problem jaki może się parze przydarzyć. Znamy przyczynę! Potrafimy ją ominąć! Cieszyłam się jak głupia. Przyłapałam się nawet, że patrzyłam w kalendarz i doliczałam 9 miesięcy żeby sprawdzić czy będzie fajna pogoda na spacery w okolicy.
Szykujemy się do inseminacji!
Pierwsza inseminacja (na naturalnym cyklu). Grzecznie wysiadywałam jaja i w nadziei oczekiwałam mdłości. Nie przyszły. Zamiast tego miesiączka. Nerwy powoli puszczały. Wyłam po nocach. Powiedzieliśmy tylko rodzicom i naszej bliskiej przyjaciółce. Żal jednak nie trwał długo. Zaczął się nowy cykl. SŁYNNY DOKTOR sprowadził mnie do pionu stwierdzając, że teraz podkręci owulację i tym sposobem zwiększymy szanse kilkukrotnie.
Druga inseminacja. 3 pęcherzyki dojrzały pod wpływem smacznej chemii branej o wybranych godzinach. Zastrzyk na pęknięcie, zabieg i znów oczekiwanie. Powtórka z rozrywki. Już wtedy podeszłam do tego chłodniej. W końcu to tylko 15% szans. Jeszcze raz. Mama w kółko powtarzała mi przez telefon: „Czuję, że to się dobrze skończy”. Była taka przekonywująca. Poza tym wiem, że bardzo dobrze nam życzy i wierzyłam jej. Dodawało mi to otuchy.
Trzecia inseminacja. 2 pęcherzyki. Zastrzyk, zabieg, czekanie... klapa. Ja – NIEPŁODNA – człowiek o podejściu zadaniowym, żeby tylko nie wpaść w histerię od razu doszłam do wniosku, że trzeba zmienić strategię. Coś jest nie tak. Musimy skorzystać z nasienia dawcy. To była jedna z najpoważniejszych decyzji w całym tym procesie. NIEPŁODNY dostał przywilej wybrania dawcy. Wybrał. Staraliśmy się to bagatelizować, ale gdzieś tam w środku stresowała nas myśl o kimś 3-cim w naszym udanym związku.
Czwarta inseminacja. 3 pęcherzyki. Zastrzyk, zabieg, czekanie... NICCCCCC.
Oboje wiedzieliśmy co to oznacza. Żadne z nas nie brało pod uwagę poddania się. Trzeba wziąć pod uwagę koszty IN-VITRO. Nigdy nie sądziłam, że to kiedykolwiek będzie mnie dotyczyć. Brzmiało jak SCIENCE-FICTION, STARTREK czy OWIECZKA DOLLY. Co prawda SŁYNNY DOKTOR mówił o tym w tak spokojny sposób, że na prawdę myślałam o tym jak o recepcie na koniec naszego koszmaru. Pokusił się też o podanie liczb. Jako 29-latka miałam mieć 40% szans. To nas przekonało. Warto też wspomnieć tu o sprawie kosztów. Teoretycznie nie były one żadnym problemem, ale w praktyce bolało nas to, że płacimy za coś co inni mają gratis. Dochodziła jeszcze jedna kwestia. Odkładaliśmy pieniądze na mieszkanie. Wiem wiem, IN-VITRO to pikuś przy cenach nieruchomości, ale zawsze trochę topniały. Poza tym do tej pory żyliśmy dość oszczędnie. Przy całkiem przyzwoitych zarobkach zastanawialiśmy się nad większością zakupów dużo intensywnej niż przeciętna polska para na tym levelu. Nie ładowaliśmy kasy w gadżety. Mało kupowaliśmy do domu. Wszystko szło na kupkę.
Nadszedł moment, że decyzja o IN-VITRO stała się naturalna i rozmawialiśmy i tym w domu jak o każdym innym elemencie naszej codzienności. Nie mięliśmy żadnych dylematów moralnych. Jesteśmy zdeklarowymi ateistami więc terminy typu „dzieci Frankensteina” nawet nas bawiły i stanowiły potwierdzenie ludzkiej głupoty. Non stop siedziałam na forach i stronach prywatnych klinik. Obejrzałam setki filmików i przeczytałam tysiące artykułów na ten temat. Zaczynaliśmy rozumieć jak błędne osądy na temat tej metody uszczęśliwiana ludzi snują media. Żenujący poziom programów telewizyjnych, w których politycy nie znają podstawowych zasad IN-VITRO doprowadzał mnie do wściekłości.
Punkcja. Nasze życie wypełniały dźwięki budzików przypominające o kolejnych zastrzykach. Na początku temat mnie przerósł. NIEPŁODNY na widok igieł, które zdecydowanym ruchem wbijałam sobie w brzuch odwracał głowę z odruchem wymiotnym. To nie pomagało. Potem przywykłam i jedynym problemem było bycie w domu o określonej godzinie, bo strzykawki musiały być przechowywane w naszej lodówce. Akurat zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Dla nas nie mają większego znaczenia poza tym, że rodzice bardzo naciskają na nasz przyjazd. Nasi rodzice żyją w innych realiach… No cóż. Punkcja wypadła 23 grudnia. Przełknęli samotną Wigilię. Moi z większym zrozumieniem, NIEPŁODNEGO – z lekkim wyrzutem. W końcu też odpuścili. Chyba w naszym tonie nie było absolutnie żadnych szans na jakikolwiek kompromis. Byłam tak naspidowana pozytywnymi myślami, że mogłam przenosić góry. Byłam przekonana, że wkrótce nasz trud zostanie wynagrodzony. Trzy dni przed punkcją SŁYNNY DOKTOR przy aparacie USG złapał się za głowę. To mogło oznaczać HIPERSTYMULACJĘ – rzadki, aczkolwiek znany wszystkim wtajemniczonym skutek uboczny. Dla mnie oznaczało to całą lawinę różnych dodatkowych konsekwencji zdrowotnych, ale nie to było wtedy moją myślą naczelną. Miałam je gdzieś. Najważniejszym było, że zmarnowaliśmy miesiąc. Tak ufałam SŁYNNEMU DOKTOROWI, że wiedziałam, że poradzi sobie z farmakologicznym uciszeniem jajników. Przyznaję, że przeszedł mnie lekki prąd w momencie kiedy się okazało, że znów jestem bohaterką jakiegoś czarnego scenariusza. Do tego trochę się bałam zabiegu. Nigdy wcześniej nie przeżyłam narkozy. Przychodziły myśli, że się nie obudzę.
Obudziłam się po 30 minutach po zabiegu z lekkim problemem z oddychaniem (podobno). Czułam taką ulgę, że już po wszystkim. Pierwsze co, to napisałam SMSa do NIEPŁODNEGO, który siedział za ścianą. Zaraz później nastąpiła euforia, kiedy okazało się, że mamy 17 pięknych i zdrowych jajeczek. Wspólnie ze SŁYNNYM DOKTOREM zdecydowaliśmy, że połowę zamrażamy, a połowę zapładniamy teretozoosermicznymi plemnikami. Ot taka zabawa z boga z perspektywy żarliwie wyznających wiarę katolicką.
Zapomniałam o straconym miesiącu i o błędach w stymulacji jajników. Uważałam, że wszystko skończyło się jeszcze lepiej niż bym mogła sobie wyobrazić. Taki zapas materiału genetycznego dawał mi poczucie gwarancji udanej akcji.
Wróciliśmy do domu i postanowiliśmy urządzić sobie pseudo święta. NIEPŁODNY, jako że odpowiedzialny w naszej rodzinie za gotowanie przygotował coś dobrego. Ja leżałam sobie na sofie w salonie i zaraz po kolacji „oddaliśmy głos do studia” – czyli zorganizowaliśmy skajpowe telekonferencje z rodzicami. Ale było opowiadania i emocji.
Przełom w samopoczuciu. Pierwszego dnia świąt obudziłam się w kałuży potu z 38-stopniową gorączką, która rosła z każdą godziną. Początkowo byliśmy przekonani, że to zwykłe przeziębienie, może grypa. Wieroczorem nie mięliśmy złudzeń – umieram! Nawet nie przyszły mi do głowy jakieś plany wycieczek po państwowych szpitach. Obawa, że mogłabym tam spotkać pro-PISowego doktora, który z przyjemnością ukara mnie za grzech nastrajała była wystarczająca przerażająca. Postanowiliśmy przerwać miłą biesiadę świąteczną naszego SŁYNNEGO DOKTORA i opowiedzieliśmy o objawach przez telefon. Zbagatelizował. Kazał zachowywać się jak przy zwyczajnej infekcji wirusowej. Byłam przerażona. Jednak po 2 dniach samo przeszło. Jak widać – infekcja wirusowa typu grypa to to nie była. Dwudniowa 40-stopniowa gorączka, gdzie nawet przy zapaleniu płuc miałam temperaturę 37, była oczywistym skutkiem ubocznym zabiegu. Do dziś nie wiem jakim.
Już po kilku dniach zapomniałam o całym zajściu. Szczególnie, że SŁYNNY DOKTOR położył mi miód na serce informując, że mamy 7 pięknie rozwijających się zarodków – Eskimosów.
Na ten pierwszy transfer czekałam jak na zbawienie. Nie muszę chyba mówić jak bardzo byłam pewna, że się uda. Zabieg przypominał zwykłą inseminację, tylko postfaktum trzeba było bardzo na siebie uważać. Spędziłam w łóżku 4 dni z małymi przerwami na spacery i wpadałam w panikę jak tylko ktoś w promieniu kilometra kichnął czy otworzył okno. Wyjechaliśmy w góry i z luksusowego pensjonatu patrzyłam na prószący śnieg. Wsłuchiwałam się w brzuch i patrzyłam czy rosną mi piersi. Słowo daję – zauważyłabym nawet milimetrową zmianę. NIEPŁODNY też się poddał temu wariactwu i prawie wyręczał w oddychaniu. Po 12 dniach test HCG pokazywał to co potrafił najlepiej – MNIEJ NIŻ ZERO! Nie mogłam w to uwierzyć. Wyłam do słuchawki po kolei NIEPŁODNEMU, mamie, teściowej i naszej przyjaciółce. To niemożliwe. Niby nie było żadnych objawów, ale… nadzieja umiera ostatnia.
Drugi transfer. Prawo jazdy też zdałam za drugim razem – szukałam analogii, żeby tylko mieć jakiś punkt zaczepienia na horyzoncie, który da nadzieję i utrwali mechanizm pozytywnego myślenia. Tym razem już nieco otrzeźwiałam i doszłam do wniosku, że leżenie plackiem doprowadza mnie do frustracji i muszę zająć się czymś miłym. Hm… po 2 dniach od zabiegu siedziałam grzecznie przy swoim korporacyjnym biureczku. Nie zmienia to faktu, że znów przyglądałam się swojemu brzuchowi i całej masie nie pojawiających się objawów. Chociaż jest coś co dawało mi mnóstwo siły. Paradoksalnie był to… ból kręgosłupa. Tyle się czyta o jakich dziwnych sygnałach ciąży… Ten pasował jak ulał. Po tygodniu pojawiła się myśl, że zarodki nie żyją. Nie wiem skąd. Nie wiem jak. Po prostu wiedziałam. Po 12 dniach potwierdził to test HCG. Nawet nie zapłakałam.
SŁYNNY DOKTOR zarządził przerwę na dodatkowy zabieg punkcji endometrium i przebadanie kręgosłupa. Brzmiało egzotycznie. Kto by pomyślał, że celowe wprowadzenie stanu zapalnego do jamy macicy miałoby komukolwiek pomóc. Dooobra – robię do każą. Jak już coś wcześniej napomniałam – jestem posłuszna :).
Trzeci transfer. Wywalczyliśmy ze SŁYNNYM DOKTOREM transfer 3 zarodków. Skoro najlepsze nie przeszły parami, nie będziemy zostawiać jednego na sam koniec, tylko po to żeby za miesiąc znów żyć nadzieją wartą 1800zł. Jak będę mieć pecha to wszystkie 3 się zagnieżdżą i rozerwą moją 58 centymetrową talię. Tak naprawdę nikt z nas nie wierzył w ten scenariusz… Nawet pierwsza naiwna Rzeczpospolitej, czyli JA :).
Tym razem jeszcze bardziej odpuściłam. Następnego dnia po zabiegu poszliśmy na wesele. Nie tańczyłam, ale spędziłam 12h na nogach. Czułam się zupełnie normalnie. Przez klejne dni wkurzało mnie jak ciągle ktoś zaczynał do mnie „a czy tobie wolno…” i w to miejsce padały wszystkie możliwe pierdnięcia. Mam to gdzieś! Zarodki musza być silne, żeby przetrwać tam 9 miesięcy. Jak nie są – stracę je po tygodniu. Chyba podświadomie czułam, że ta próba jest skazana na kolejną porażkę. Tak się do tego przyzwyczaiłam…

Pierwszy wpis...


przeniesione z mychcemymiecdziecko.blox.pl

niedziela, 06 maja 2012

To ja – 30 letnia NIEPŁODNA. Mam męża i na razie na potrzeby bloga będzie nosił imię NIEPŁODNY. Nigdy w życiu nie pisałam bloga. Wydawało mi się to mega idiotyczne. Nie można po prostu z kimś pogadać? Niby można, ale... doszłam do wniosku, że zrobię to dla siebie i dla „naszego dziecka”. Jak na razie brzmi to dla mnie „egzotycznie”, bo nawet nie wiem czy moje (nasze) wielkie marzenie się kiedykolwiek spełni. Jeśli mi się uda – napiszę o tym książkę. Dzięki blogowi będę pamiętała więcej szczegółów. Myślę, że to mogłoby komuś kiedyś pomóc. Jak przeczyta ją nasze dziecko – zrozumie jakie jest wyjątkowe.  Jak się nie uda – nikt się o tym nie dowie. Czemu ukrywamy ten fakt? Bo się wstydzimy, bo czujemy się gorsi i upokorzeni, bo przeżywamy kryzys kobiecości i męskości, bo staliśmy się socjopatami. Aaaa z resztą można wyliczać... Nasze życie jest inne i jesteśmy tą innością umęczeni. Mamy dość udawania, że cieszą nas „singlowe” rozrywki i że chcemy zajmować się hodowlą kotów.